Trochę się porobiło. Znowu notka z "lekkim" poślizgiem. Oj tam [tm]. Enyłejz. Mamy rok 2k12, ponoć dużo się ma w tym roku wydarzyć, łącznie z końcem świata - looking forward to it. W międzyczasie wydarzyło sie sporo rzeczy ale niezbyt mam siłe opisywać (wyszła by norma za najblższe 5 lat patrząc na moje chęci pisania tutaj). Nie mniej siakiś czas temu nastąpiła abrakadabra miedzyfirmowa, przez którą od stycznie kursuje namiętnie w okolice śledziowa (ahoj~!), bo mi za to płacą. Pomijam samą kwestię zmiany firmy (mojej kochanej byłej naczelnej życze kilo kiły i rzeżączki), która odbyła się na wariackich papierach. Mianowicie tematem dzisiejszej (tegotygidniowej/miesięcznej/kwartalnej/pół-rocznej) notki jest nostalgia.
Kurwa.
Pracowałem w firmie-garaż, gdzie większość rzeczy działa na słowo honoru (albo znajdowały się jednostki, które robiły za Caritas, Matke Terese oraz Wydmuszke w jednym), można było zetknąć sięz ludźmi, dziękim którym pojecia takie jak 'niekompetencja', 'głupota' czy 'lans' nabierają zupelnie nowych znaczeń (odpowiednio od przypadku), a umiejętność zarządzania zespołami jest na wagę złota. Jednak w całej tej kupie znajdowali się ludzie, dzięki którym chciało się siedzieć i murzynować dalej. Przez te 4,5 roku na prawdę wiele się zdarzyło w tej firmie (w gruncie rzeczy w większości wypadków in minus dla firmy) ale mimo wszystko dało się wytrzymać momentami kretynizm ludzki atakujący z "góry, boku i z podskoku". Teraz żal mi jest okropnie, że nie będe pracować z niektórymi przez co widzieć ich będę rzadziej (bądź wcale niestety). I jest mi kurewsko źle z tego powodu, gdyż się zżyłem.
Jasne, że zmiany są potrzebne (niektóre idiotki twierdzą nawet ze "zmiany są dobre" - szkoda, że trzeba jeszcze mieć trochę oleju w głowie, a nie robić na pałę), trzeba ruszać dalej, zbieraćnowe doświadczenie etc. itp. ale mi osobiście jest źle. Źle, gdyż nie była to moja decyzja, gdyż rozbił się całkiem prężnie działający zespół z powodów czysto prozaicznych (egoizm, ignorancja, zadufanie w sobie góry), gdyż atmosfera była świetna (no może poza paroma przypadkami lizodup oraz nepotyzmów), gdyż nie będzie klimatycznych tournee, zegarkowań czy rozkmin na fajce "co znowu nie działa/kto znowu coś spierdolił".
Co w zamian? W zamian młody zespół. Za młody zespół. Za to ambitny i chętny do działania. I kompletnie nie pasujący do mnie klimatycznie. Może faktycznie czas pomyśleć nad drastyczniejszymi alternatywami dla tej sytuacji - dunno.
Dlatego z tego miejsca chciałem wygłościć co następuje: dziekuję. Dziękuje Wam ("Pani wie o kim ja mówie") za te 4,5 roku. Nie oznacza to żadnych urywań filmów etc - chciałem tylko wyrazić wdzięczność na to, że zdażyły się jednostki, z którymi zajebiście się pracuje, pije, przebywa, gra, spotyka i rozmawia (dla niektórych - trolluje). Czułości, kwiaty, upominki i medale - po programie.
Tyle. Żyjemy nadal w "nowym, lepszym świecie" i murzynujemy dalej ku chwale cośam cośam.
Ps. Żałuje też, że zmarnowałem pół początkowego roku na alienacje ;x
Ps.2 Że ten garaż nie pierdolnął jeszcze to jest cud świata. Serio.
Ps.3 Ty-której-jebie-z-buzi - karma nadejdzie i do ciebie. Albo już nadeszła tylko jeszcze o tym nie wiesz...
Ps.4 Tych, którzy tu jeszcze zaglądają (a to obstawiam, że będzie.....oj mało) prosił bym, o nie wrzucanie na stronkach wszelakich (czy to blog czy społecznościówka) linka do tego bloga. Thank you from the mountain.
Hieh. Long time no see. Jak widzę to notka/rok zaczyna być normą. Whatever - większość ludków, która jeszcze tu zagląda, zagląda z takim opóźnieniem ze szok [pozdro ;3].
Anyways [tak, wiem, literowka] duzo się u mnie zmienia, sam się powolutku zmieniam w stronę ...no właśnie. Niektórzy twierdzą, że to starość czy inne idiotyzmy, a ja już miewam dość dotychczasowych harców i rozrywek. Przez to również straciłem praktycznie kontakt w większą częścią ludzi. Smutne to jest, ale niestety nie mam czasu nawet już wieczorami przysiąść i coś porobić przy kompie. Ostatnie pół roku tak mnie wypompowało, wymięło, przeżuło i wypluło, że nie mam siły na jakiekolwiek ekscesy po pracy. Przebiegła myśl w pewnym momencie - 'a może jakiś konwent?' Niestety [albo stety] dostała strzała podbródkowego z braku energii, sierpa z braku czasu, a na koniec poszedł fatality z braku kasy. Ofkorz połowa tych rzeczy jest na moje własne życzenie i wcale mi nie szkoda ostatnich decyzji - wręcz przeciwnie. Np nowe mieszkanie to jeden z najlepszych motywów jakie w życiu wykonałem. Najlepsza z tego wszystkiego jest świadomość, że praktycznie nikt [prócz dwóch osób, które mają u mnie dozgonną wdzięczność] nam w tym nie pomógł. Cały szmat drogi wykonaliśmy praktycznie sami bez wsparcia skąd kolwiek. Przez to nie mamy i nie będziemy mieć długów wdzięczności u nikogo [no, prawie - dużo sushi included]. Najśmieszniejsze, że akurat pomogły te osoby, po których bym się tego nie spodziewał. Cała reszta.... oh well, nawet nie ma co tu pisać, bo momentami to żal po kolejnym zawodzie w kluczowej chwili, momentami to ironia, że znów wyszła taka sama sytuacja jak zwykle. Bleh. Dlatego tak sobie po malutku będzie lecieć to jakoś, na totalnie włąsnym, za własne.
Z innej beczki - zastanawiałem się przez krótką chwilą nad lekkim przekształceniem tego bloga jeśli chodzi o tematykę. Żeby nie było tu albo smutno-hmurno, egzystencjalnie źle czy biadolenia o szopenie [bez skojarzeń ;] to może znajdą się tu kiedyś jakieś wypociny recenzyjno-ciekawskie. Nie spodziewałbym się tego w jakichś hurtowych ilościach ale co nieco może zaistnieć.
Cośtam jeszcze chciałem ale zapomniałem - czas się wyspać i wypocząć przed przeprowadzką.
Ps1. Chcesz, by coś było dobrze zrobione - zrób to sam.
Ps2. Chcesz liczyć? Licz tylko na siebie.
Nie ma notki - jest bonus atenszonowy głównie dla nie only. Fajny pizdryk.
Tyle :P
Ole.
Minęły sobie wakacje, czas zapieprzać dalej. Wypad na pierdnica okazał się... przewidywalny? Prócz spotkania znajomych i starych znajomych ;] nic szczególnego. No bonus. Zapewne to był ostatni raz jak wybrałem się na wielodniowy konwent - next time będe najwyżej przez pare h, a potem zjazd. A Toruń fajnym miastem jest.. ;]
Next one - to info może być dość trudne do zrozumienia dla 99% populacji mnie znającej. Coż, bywa :) Jednakże, jakiś czas temu w atmosferze przyjaźni rozstaliśmy sie z moją ładniejszą połówka. Na pytania "czemu?", "dlaczego?" odpowiedzi nie udzielam bo się tłumaczyć nie muszę :). Jest ok, tylko nie jesteśmy już razem. Tyle :) I proszę, bez pytań odnośnie tego do mnie, gdyż odpowiedzi nie uświadczycie ponad to co tutaj napisałem. Mała-duża uwaga - ani mi ani jej nie ślijcie żadnych "przykro mi", "ojejujeju" lub "a tak fajnie wygladaliscie razem" itp - nikt nam nie umarł, wygladamy dalej tak jak poprzednio, dalej lubimy się :) Tyle. Czemu dopiero teraz o tym piszę? Proste - by miec spokoj na piernicu :]
Last one - po mału następują małe zmiany które moga napedzic ciut wieksze. Może być smiesznie :)
Ps. Zohan daje rade. Czas zobaczyć Death Race i kontynuacje Odyseii Kosmicznej.
Ps2. Wszelkie plotki, ploteczki, plotunie które do mnie dotrą odnośnie powyższego - srał je pies. Łącznie z twórcami.
Ps3. Czas na ps3 ;]
He.he.hi.ha.ho.hu.hi.he.he. Yesssss.
Batmanik. Zwykly, wysoko budzetowy film majacy nakrecic w chuj ludzi na pojscie do kina i poswiecenie tych parudziesieciu minut. Jednak jakby sie tak drugi, trzeci raz wglebic sie w sens fabuly to mozna by odkryc bardzo ciekawe zjawisko, ktore nie jest wcale obce naszemu codziennemu zyciu. Bo ilez razy gramy na dwa baty, oszukujemy, klamiemy, dzialamy nie fair, pokazujemy swoje dwie twarze by zyskac cos czego bez zejscia na zla droge nie uzyskamy? Wiem ze to takie pieprzenie o Szopenie, 'oczywista oczywistosc' jakby to okreslil jeden z wyzszych ranga [bo tylko tym moze] wlodarzy tego grajdola ale tak mi sie nawinelo na mysl i mialem chec o tym sobie popisac.
Z innej beczki. Jak ja juz teraz, kurewsko, zaluje ze nie pojade na Penduluma. Kurwa. Zal we mnie wzbiera jak jasny skurwysyn. Kurwa. I tyle. Jest to dla mnie fail roku pojechany po calosci.
Daaalej.
W robocie jest coraz lepiej - okres wyjebania i urlopow w pelni, rotacja systematyczna i tylko ja pewnie bede miec wolne na swieta. I swietnie.
Na koniec - korzystajcie ludzie, z czasu jaki macie. Nie warto marnowac na idiotyczne fochy spowodowane wlasna dumą, checia postawienia na swoim czy brak checi do dzialania spowodowane idiotycznymi przeswiadczeniami o wlasnej ulomnosci na roznych polach wywnioskowanymi z powietrza lub wlasnego przekonania ze "tak na prawde jest". TO idiotyzm. Plus rozjebywanie sobie szans na polepszenie sobie sytuacji jakkolwiek ona zla nie byla. Zal patrzec momentami na co poniektorych......
Ps. Jeszcze jedna mysl, ktora mnie naszla. Serio, mam momentami [coraz czestrzymi] gdzies kto co o mnie mysli. Jesli niektorzy zachowuja sie jak chuje chcac osiagnac swoj cel to coz.... Wszelkie zazalenia prose kierowac do tego u gory, ktory przydzielil mi taka a nie inna ilosc logicznego myslenia i racjonalnego zachowania. Ja sie przed nikim kajac nei bede bo nei mam na szczescie z czego jesli chodzi o to :)))
Ps.2 - Parafrazujac znajomą - wszyscy pojdziemy do piekla.
Dzieki and take care. Nextg wpis obawiam sie ze niedlugo.
- Minimalistycznie. Ręcznie. Słabo.
To był program pt. "Trochę o szacie graficznej tego bloga".
Po przerwie w programie - człowiek-nietoperz czyli 144 minuty warte poświęcenia; brak wystartczającej ilości snu oraz kolejna powtórka serialu "Cowboy Bebop". Dzisiejszy odcinek nosi nazwę "Jupiter Jazz". Nie odchodzcie od odbiorników ;->
Jedziem z tym koksem.. trza zrobić tu ciut porządku.... małymi kroczkami, powolutku, za wszystko się zabrać. Na wszystko i wszystkich zawsze przyjdzie pora ;]
skomentuj (1)